poniedziałek, godzina 9:00
Słyszę ten przeklęty budzik. Ledwo otwieram oczy, a od razu zostaję sparaliżowana przez promienie słoneczne wpadające przez lukę pomiędzy żaluzjami w oknie. Coś czuję, że dzisiejszy dzień będzie jeszcze bardziej upalny niż wszystkie pozostałe. Zsuwam z siebie bardzo cieniutką kołdrę, odgarniam z mojej twarzy kosmyk włosów, po czym wstaję. Spoglądam na termometr postawiony za oknem na parapecie. Pokazuje on 36 stopni...gorąco. Wpatruje się w to co dzieje się na zewnątrz, kiedy słyszę głośne burczenie mojego brzucha. No tak, śniadanie. Chwytam za gumkę do włosów, związuje je sprawnie w luźny kok i wybiegam z pokoju kierując się w stronę kuchni. Idąc przez korytarz wyczuwam bardzo ładny zapach. Czy to to o czym myślę? Wchodzę do kuchni i widzę jeszcze zaspaną mamę przewracającą właśnie naleśnika na drugą stronę.
- Pomyślałam, że się ucieszysz - mówi podając mi górę tych pyszności oblanych sosem czekoladowym z odrobiną borówek.
- Takie jak lubisz - uśmiecha się szeroko i kiwa głową.
- Dzięki mamo - dziękuję i całuje ją w policzek.
Zabieram talerz, siadam na kanapie i rozkoszuje się smakiem mojego śniadania.
- Adela, muszę iść dziś wcześniej do pracy. Jedna z pracowniczek zachorowała i akurat mi trafiło się, aby ją zastąpić. Na lodówce powiesiłam listę rzeczy do zrobienia, nie jest jakaś specjalnie wielka, spokojnie. Potem pojadę jeszcze na jakieś drobne zakupy, więc wrócę przed 19, dobrze?
- Jasne, o nic się nie martw - odpowiadam i żegnam się z nią machając przez otwarte drzwi, którymi przed chwilą wyszła.
Wracam na sofę i biorę ostatniego gryza naleśnika. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak się najadłam. Spoglądam na zegarek, który wskazuje godzinę w pół do dziesiątej, co oznacza, że za pół godziny powinnam wyjść do pracy. Zrywam się z kanapy i biegnę do łazienki. Odkręcam wodę od prysznica, zrzucam z siebie piżamę i wskakuję pod strumień wody. Po jakiś dziesięciu minutach wychodzę i owijam swoje ciało ręcznikiem. Idę tak do pokoju i wyciągam z szafy spodenki oraz zwiewną koszulkę. Pozbywam się mokrego ręcznika i kilka minut potem jestem już ubrana. Znów patrzę na godzinę. Mam coraz mniej czasu.
- Nie zdążę - krzyczę sama do siebie rozczesując sprawnie włosy.
Natychmiast schodzę na dół, aby zmyć jeszcze brudne naczynia. Nie ma ich wiele. Całą listą zajmę się potem. Chwytam za telefon, klucze, i wychodzę z domu zamykając za sobą drzwi.
Do Pizzerii mam blisko, zajmuje mi to około pięciu minut szybkim krokiem. Ah tak, pizzeria. Tam pracuję. Przyjęli mnie na okres wakacji, abym roznosiła pizzę. Powiem szczerze, że nawet to lubię. Wystarczy pięknie uśmiechnąć się do klienta, życzyć smacznego, a napiwek gwarantowany! Idę chodnikiem i wpatruje się na latające, pięknie ćwierkające ptaki. Po chwili widzę dużą reklamę ze strzałką w prawo, która kieruje właśnie w miejsce mojej pracy. Zanim się obejrzę jestem już przed jej drzwiami. Otwieram je i od razu słyszę pracowników, wołających moje imię i jak to miło, że już jestem. Lubię tam każdą osobę, są tacy sympatyczni. Zakładam koszulkę z logo firmy i dostaję od szefa listę zamówień na dziś. Jest ich wyjątkowo mało. Dziwne. Chowam kartkę do kieszeni spodenek i czekam na pierwsze pudełko z pizzą. Wkrótce dostaje je, wychodzę na zewnątrz, wsiadam na rower i jadę w miejsce, gdzie mam ją zawieźć. Zerkam jeszcze raz na kartkę. Ulica Wilanowa 14. Odkąd się urodziłam mieszkam w tej okolicy. Całe szczęście to małe miasteczko, które mam w jednym palcu, więc praca ta, nie sprawia mi najmniejszego problemu. Piętnaście minut potem jestem u celu. Szukam wzrokiem numeru domu po czym wyciągam z koszyka pudełko z pizzą i...widzę go. Wysokiego, dobrze zbudowanego chłopaka, który siedzi na schodach od wejścia do bodajże swojego mieszkania i jakby, czeka na kogoś? Niemalże biegnę w jego kierunku, nie zauważając po drodze dziury w drodze, potykam się i głośną krzycząc uderzam o asfalt. Nieznajomy zauważa to, rzuca telefon w który wcześniej spoglądał i chwilę potem jest już przy mnie. Jezu.
- Nic Ci nie jest? - mówi wystraszony i łapie mnie za rękę.
Serce bije mi coraz szybciej.
- N-nie - mamroczę próbując uniknąć z nim kontaktu wzrokowego.
- Jesteś ranna - wskazuje palcem na moje kolano.
- To sos pomidorowy - chichoczę. - od pizzy.
Chłopak zaczyna się śmiać, ale jednocześnie czerwieni się.
- To na nią tyle czekałem!
- Najmocniej Cię przepraszam, ja zaraz pojadę po następną, na koszt firmy. - odrzekłam
- Przestań, nie ma za co przepraszać, najważniejsze, że nic Ci nie jest - puszcza mi oczko.
Zapanowała cisza, ani on ani ja nie mamy pojęcia co powiedzieć. Jego dłoń nadal oplata moją, patrzy się na mnie uważnie, po czym wstaje i czeka, abym ja również to zrobiła. Tak się staje.
- Jestem Dawid - podaje mi rękę i uśmiecha się. Ma przepiękny uśmiech.
- Adela - rumienie się
Podnoszę kawałki pizzy z drogi i łapie się za głowę. Stoję nieruchomo nie wiedząc zbyt co mam z tym zrobić.
- Daj, ja to wezmę - mówi chłopak
- Dziękuję. Tak mi przykro, naprawdę nie chciałam. Pierwszy raz zdarzyła mi się taka sytuacja. Nie mam pojęcia jak teraz pokaże się w restauracji, szef będzie wściekły jak zobaczy jaka jestem upaćkana. - zasłaniam z zażenowania twarz rękami.
Dawid podchodzi bliżej, zabiera je i ma minę jakby zaraz miał wybuchnąć śmiechem.
Nie dziwie mu się. Czeka na swoje zamówienie, po czym widzi jak jakaś wariatka jedzie na rowerze, wpatruje się w niego jak w posąg i zalicza piękną wywrotkę wywalając na siebie całe pudełko pizzy.
- Skoro tak, może wpadniesz do mnie? Skorzystasz szybko z łazienki i wrócisz do pracy.
Czy ja się przesłyszałam? Czy on naprawdę zaprosił mnie do siebie?
- T-tak, jasne, czemu nie - słowa wymykają mi się z ust.
No nie, nie chciałam tego powiedzieć.
Ponownie chwyta mnie za rękę i prowadzi do mieszkania. Cholera.
kocham to i czekam na następne rozdziały!!
OdpowiedzUsuń